00-697 Warszawa, Al. Jerozolimskie 49
   Telefon/Fax: +48 22 841-41-92, +48 22 841-94-60
   e-mail: biuro@pzszach.org.pl
AKTUALNOŚCI | KONTAKT | KALENDARZ | KOMISJE | PZSZACH | WZSZACHY | FINANSE | LICENCJE | REGULAMINY | AKADEMIA | KNJBIS | CENTRALNY REJESTR

Serdecznie zapraszamy do korzystania z nowej strony

PZSzach pod adresem pzszach.pl

WYWIAD Z WŁADIMIREM MAŁACHOWEM (2732 ELO)
Data utworzenia: 2010-08-26 | Autor: Wojciech Gryciuk | Odsłon: 5262
Władimir Małachow ma 30 lat i jest obecnie 17. szachistą świata (ELO 2732). Do swoich największych sukcesów może zaliczyć: wicemistrzostwo Europy z 2003 i 2009 r., mistrzostwo Europy w szachach szybkich (Warszawa, 2009 r.), złoty medal w ekipie Rosji w Drużynowym Pucharze Świata w 2010 r. oraz powołanie do reprezentacji Rosji na zbliżającą się olimpiadę szachową w Chanty-Mansijsku.

Ranking 2700 po raz pierwszy przekroczył w wieku 22 lat. Twierdzi, że podstawowe wiadomości trzeba uzyskać będąc nastolatkiem. Jeśli potem chce się przejść na zawodowstwo, to trzeba zmienić rodzaj treningu i więcej czasu poświęcić na analizowanie debiutów, a nieco mniej na pracę nad grą środkową i nad końcówkami. Są to słowa zawodnika z perspektywy rankingu powyżej 2700.

W młodości Małachow intensywnie pracował pod kierunkiem wielu trenerów m.in. Archipowa i Drejewa. Obecnie intensywnie pracuje sam, ale, jak twierdzi, nie jest to droga do przebicia się do pierwszej „10” na świecie."

W trakcie Szachowego Turnieju Gwiazd (Warszawa, 24-30 maja 2010 r.), Władimir Małachow udzielił wywiadu, który z czasem rozrósł się w „wywiad-rzekę”. Poniżej wybrane najbardziej kontrowersyjne wypowiedzi:

"Nigdy nie miałem stałego trenera. Nie przypominam też sobie, by Rosyjska Federacja Szachowa organizowała kiedykolwiek jakieś zgrupowania szkoleniowe dla juniorów, nawet tych najlepszych, którzy, jak ja, zdobyli mistrzostwo świata juniorów"

„Od lat nie czytam żadnych książek szachowych, bo żeby zostać szachowym profesjonalistą, trzeba je wszystkie przeczytać jeszcze przed rozpoczęciem studiów wyższych”.

„Wstyd przyznać, ale nigdy nie korzystałem z żadnego z podręczników Dworeckiego ani nie studiowałem „Moich 60 partii” Fischera, co może oznaczać tylko tyle, że bez ich znajomości też można zostać arcymistrzem”.

„Nie korzystam też z podręczników debiutowych. Wiedzę o otwarciach czerpię wyłącznie z pracy z komputerowymi bazami danych”.

„Na rozwiązywanie kombinacji i studiowanie końcówek typu „W przeciwko G+p” szkoda mi po prostu czasu. Wolę analizować debiuty, śledzić nowe idee w partiach szachowej elity i... grać”.

"Mając do wyboru fizykę i szachy postawiłem na szachy. Naukowiec w Dubnej zarabia miesięcznie ok. 400 EUR, dobry szachista – 2-3 tys. EUR w zależności od siły gry".

„Przestrzegałbym jednak przed przechodzeniem na zawodowstwo szachistów z rankingiem poniżej 2600 ELO, bo dla nich wykonywanie tego zawodu będzie związane z określonymi problemami”.

„Żeby trafić do pierwszej 10. świata musiałbym stworzyć team, który by na mnie pracował, a to zmusiłoby mnie do kardynalnej zmiany stylu życia. Nie jestem pewien, czy byłbym wtedy bardziej szczęśliwy”.


Najlepszy fizyk wśród szachistów

z Władimirem Małachowem rozmawia Wojciech Gryciuk


Spodziewał się Pan wyniku 5-1 w meczu z mistrzem Polski, Mateuszem Bartlem, w czasie Szachowego Turnieju Gwiazd w Warszawie?

Nie. Myślałem, że wygram 3,5-2,5 lub 4-2. Wynik 5-1 był dla mnie dużym zaskoczeniem, bo Mateusz gra dużo silniej, niż to wynika z rezultatu. Pierwszą partię przegrał jednym grubym błędem i to mogło mieć wpływ na bardzo słabą grę w kolejnej partii, w której też poniósł porażkę. Gdyby jednak wygrał szóstą partię, na co miał duże szanse, wynik byłby bardziej sprawiedliwy. Nie wykorzystał jednak tej szansy i partia zakończyła się remisem, a wynik poszedł w świat! Na pocieszenie można powiedzieć, że cztery porażki, to kolosalny materiał do analiz, a o to przecież chodziło, bo mecz był treningowy, chociaż liczony do rankingu FIDE.
Mateusz zawiódł przede wszystkim białymi (=1-2). Słaby wynik czarnymi (=1-2), to z kolei efekt grania repertuaru debiutowego, który nie odpowiada chyba jego stylowi gry. Trochę mnie zaskoczył przestawieniem się na obronę Grünfelda, bo zwykle grywa obronę holenderską, ale akurat w tym debiucie często powstają pozycje na tyle łatwe do gry, że znajomość teorii nie odgrywa w nich specjalnej roli. A ja, ponieważ nie miałem zbyt dużo czasu na trening, tylko jeden wieczór mogłem poświęcić na przygotowanie białymi, jeden – czarnymi i jeden na analizę pewnej pozycji, która mogła zdarzyć się w meczu, a która mi się nie podobała. A brak czasu wynikał z tego, że miesiąc temu urodziła mi się druga córeczka (starsza ma 5,5 lat)...

Z wykształcenia jest Pan fizykiem. Jak to się stało, że zdecydował się Pan zostać zawodowym szachistą?

Specjalnych tradycji szachowych w mojej rodzinie nie było. Co innego, jeśli chodzi o fizykę, bo mój ojciec jest naukowcem, a mama wykładała fizykę na uniwersytecie w Dubnej, mieście słynącym ze znanego na całym świecie Instytutu Fizyki (2 godziny jazdy pociągiem z Moskwy). Grać w szachy nauczył mnie tata, gdy miałem 5 lat, ale w pierwszym turnieju wziąłem udział dopiero w wieku 7 lat. Szybko progresowałem, najpierw zostając mistrzem Rosji juniorów do 12 lat, potem wicemistrzem świata w tej samej kategorii (i to w wieku 11 lat), a rok później, czyli w wieku 12 lat – mistrzem świata do 14 lat.
To jednak nie juniorskie sukcesy przesądziły o zostaniu szachowym profesjonałem, bo w takich zawodach występuje z reguły zaledwie kilku dobrych szachistów i chociaż zwycięstwo jest miłe, to niewiele znaczy. Zresztą, więcej spektakularnych sukcesów jako junior nie odniosłem i dopiero uzyskanie kategorii arcymistrza w wieku 16 lat było sygnałem, że może jestem jakoś szczególnie utalentowany szachowo, a przekroczenie rankingu 2650 w wieku 17 lat tylko mnie w tym poglądzie utwierdziło. Mieszkając z rodzicami-fizykami w Dubnej było oczywiste, że będę studiować fizykę, ale o wyborze tego kierunku na Wydziale Obrony przesądziło to, że w ten sposób mogłem uniknąć 2-letniej służby w wojsku.

Odnosił Pan jakieś szczególne sukcesy naukowe w szkole?

Owszem, w XI klasie wygrałem I etap ogólnorosyjskiej olimpiady matematycznej, ale nie pojechałem na finał, bo… w tym terminie miałem zaplanowany turniej szachowy. Niestety, szkoła się za to na mnie obraziła.
Decyzję o zostaniu zawodowym szachistą podjąłem jednak dopiero po ukończeniu studiów w wieku 22 lat, kiedy to po raz pierwszy w życiu uzyskałem na liście ELO ranking powyżej 2700. Tym nie mniej zaraz po studiach zatrudniłem się w Instytucie Fizyki, który jednak regularnie szedł mi na rękę, jak chciałem wyjechać na zawody czy zgrupowania szachowe, co czasami przedłużało się do nawet 2-3 miesięcy. Cierpiała na tym fizyka i obecnie mogę o sobie powiedzieć, że jestem jedynie jej miłośnikiem, bo w Instytucie od dawna już nie pracuję.
Czy chciałbym wrócić do fizyki? Naukowiec w Dubnej zarabia miesięcznie ok. 400 EUR, dobry szachista – 2-3 tys. EUR w zależności od siły gry. Mógłbym, co prawda, wyemigrować do Włoch, jak moi rodzice (ojciec pracuje obecnie w Europejskim Centrum Badań Jądrowych CERN w Genewie i twierdzi, że ja mógłbym robić to samo), ale ja kocham Dubną, kocham Rosję i jakoś nie mam zamiaru się z niej wyprowadzić, chociaż życie wcale nie jest tu tanie. Moja rodzina wydaje na zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb ok. 1 tys. EUR miesięcznie.

A kto miał największy wpływ na Pana sukcesy szachowe?

Będąc dzieckiem chodziłem na zajęcia do lokalnego klubu szachowego, potem trenerzy w sile II-I kat. dawali mi różne zadania do rozwiązania, podsuwali książki szachowe do przeczytania i kazali brać udział w turniejach treningowych. Najdłużej, bo przez 2 lata współpracowałem z pewnym kandydatem na mistrza, ale on nie mieszkał w Dubnej, więc kontakty były rzadkie.
Można więc powiedzieć, że nigdy nie miałem stałego trenera. Jedynie przed mistrzostwami świata do 14 lat GM Archipow pomógł mi zmodernizować mój repertuar debiutowy, dzięki czemu zdobyłem mistrzostwo, ale repertuar ten był dobry na przeciwników o rankingu 2500, a nie 2600-2650. Nie przypominam też sobie, by Rosyjska Federacja Szachowa organizowała wtedy jakieś zgrupowania szkoleniowe dla juniorów, nawet tych najlepszych, którzy reprezentowali Rosję na zawodach międzynarodowych. Na szczęście nie było wtedy komputerów, były za to książki szachowe i informatory, których studiowanie, moim zdaniem, dawało nie mniejsze korzyści.

Jaki to miało wpływ na ewoluowanie Pana repertuaru debiutowego?

Właściwy dobór repertuaru debiutowego jest kluczowy z punktu widzenia gry czarnymi. Jako junior przez wiele lat po 1.d4 grałem 1…c5. Niestety, dopiero po latach zdałem sobie sprawę z tego, że jest to słabe posunięcie, od razu oddające białym centrum i zapewniające im przewagę. Na 1.e4 grałem natomiast wczesnego Drakona (1.e4 c5 2. Sf3 g6), ale od pewnego poziomu, co było dla mnie dużym zaskoczeniem, po prostu przestał gwarantować mi wyrównanie. Wywnioskowałem stąd, że grając przeciwko silnym szachistom nie wolno od razu oddawać im inicjatywy i… postawiłem na klasycznego Drakona (2…Sc6) po 1.e4 oraz obronę słowiańską z a6 po 1.d4.
Był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę! Słowiańska bardzo szybko daje wyrównanie, co na samym początku partii poprawia mi samopoczucie, a klasyczny Drakon jest dużo lepszy od przyśpieszonego, chociaż są tu, rzecz jasna, warianty, w których białe mogą postawić czarnym wiele problemów. Dlatego też, za namową Drejewa, zacząłem grać w obronie sycylijskiej wariant Rauzera, ale gdy okazało się, że nie odpowiada on mojemu stylowi gry, to na mecz pretendentów z Griszczukiem w 2007 r. przygotowałem wariant berliński w obronie hiszpańskiej. Co ciekawe, chociaż partia zakończyła się remisem, nie stosowałem go potem przez następne 1,5 roku! Im częściej ten wariant grywam jednak obecnie, tym lepiej widzę, że struktury partii hiszpańskiej znacznie bardziej odpowiadają mojemu stylowi gry niż obrona sycylijska, chociaż akurat w wariancie berlińskim białe mają spore szanse na uzyskanie przewagi.
Zupełnie inaczej wygląda budowanie repertuaru debiutowego przy grze białymi. Próbowałem już wszystkiego i, prawdę mówiąc, nie wiem, jak grając tym kolorem można obecnie uzyskać przewagę przeciwko klasowym przeciwnikom. Żeby stanąć lepiej w jakimkolwiek z wariantów, trzeba włożyć bardzo dużo pracy w studiowanie partii i analizowanie kluczowych pozycji. Niejednokrotnie okazuje się, że żeby uzyskać przewagę w okolicy 27 posunięcia, trzeba intensywnie pracować przez cały miesiąc! A ja tak nie lubię, bo nikt mi nie zagwarantuje, że włożona praca przełoży się na namacalne efekty. Dlatego stawiam na wszechstronność, przez co rozumiem zaawansowaną, chociaż może niezbyt głęboką wiedzę o najróżniejszych możliwych wariantach debiutowych. Wtedy pod konkretnego przeciwnika można wybrać po prostu taki, który będzie dla niego najbardziej nieprzyjemny. I to się sprawdza. W jednej z partii tegorocznego Pucharu Świata, przeciwko Mamedowowi z Azerbejdżanu, wybrałem pozornie mało obiecujący wariant debiutowy, ale który wybitnie nie pasował przeciwnikowi i wynik partii był przesądzony już po 10 ruchach!
Czarnymi, rzecz jasna, tak grać nie można, bo może się to skończyć szybko porażką. Czarnymi trzeba grać na wyrównanie.

Jak Pan pracuje nad szachami?

Chociaż miło wspominam współpracę z GM Drejewem przed meczem pretendentów z Griszczukiem w 2007 r., obecnie pracuję wyłącznie sam, wspierając się jedynie komputerem. Czy to się sprawdza? Tak, bo jestem zdyscyplinowany i po prostu wiem, co mam zrobić i w jakim czasie. Jak się jednak ma małe dziecko, to pracować można tylko wieczorami po 1-2 godz., ale i tak nie każdego dnia. Z reguły zaczynam od sięgania do Internetu po partie z komentarzami i zapoznawania się z nowymi ideami. Przez cały tydzień bez przerw zdarza mi się pracować tylko wtedy, gdy zaczynam analizować jakieś nowe warianty albo poszerzać ogólną wiedzę z zakresu teorii debiutów, chociaż wtedy nie wgłębiam się zbytnio w szczegóły - jeśli w jakimś wariancie gra jest równa, a przy tym statyczna, to nie warto jej dalej analizować. Co innego, jeśli pozycja jest ostra i dynamiczna, bo wtedy bez analiz trudno się obejść.

A co Pan sądzi o podręcznikach debiutowych?

Szkoda na nie czasu. Podstawą powinna być praca z komputerowymi bazami danych (ja używam Chess Assistenta i Rybkę). Jeśli interesuje nas jakaś pozycja, to najpierw trzeba z bazy wyselekcjonować wszystkie partie, w których zdarzyła się ona w pojedynkach graczy o rankingu powyżej 2600. Jeśli jest ich np. 500, to wtedy trzeba wybrać spośród nich z 50 najciekawszych i dogłębnie je przeanalizować z komputerem, szczególnie jeśli chce się wprowadzić do repertuaru jakieś nowe ruchy. Czasami może to zająć tydzień, czasami miesiąc. Reguły nie ma.

Przeczytał Pan ostatnio jakieś inne książki szachowe?

Przez 10 ostatnich lat żadnej, bo nie można zostać szachowym profesjonalistą, jeśli nie przeczytało się ich wszystkich wcześniej. Ja studiowaniem szachów zajmowałem się do 19. roku życia, bo potem nie miałem już na to po prostu czasu. Nie jestem w tym wyjątkiem – to samo mówi o sobie np. Adams.
Z młodych lat szczególnie cenię sobie przeczytanie „Mojego systemu” Nimzowitscha, komentarzy do meczu Botwinnik – Smysłow, 5-tomowego zbioru wybranych partii Botwinnika, Księgi Turniejowej „Nowy Jork 1924” z komentarzami Alechina oraz Księgi Turniejowej „Zurych 1953” z komentarzami Bronsteina. No i książki o końcówkach wieżowych Smysłowa i Lewenfisza, chociaż akurat w niej nie znalazłem niczego, czego bym wcześniej nie wiedział. W końcówkach ważna jest bowiem nie tyle znajomość teorii, którą można pozyskać z książek, co intuicja, której nie można się nauczyć, a która u mnie objawia się np. tym, że wszystkie końcówki „W+G przeciwko W”, jakie mi się zdarzyły w życiu wygrałem, jako strona silniejsza i zremisowałem, jako strona słabsza.
Słyszałem też, że ciekawa jest Księga Turniejowa „AVRO 1938” w wydaniu z 2006 r., ale do tej pory jakoś nie trafiła w moje ręce. Z periodyków szachowych regularnie przeglądam tylko „Sahovski Informator”, no i „64”, ale ten ostatni głównie dla plotek i newsów.
Wstyd przyznać, ale nigdy nie korzystałem z żadnego z podręczników Dworeckiego ani nie studiowałem „Moich 60 partii” Fischera, co może oznaczać tylko tyle, że bez ich znajomości też można zostać arcymistrzem.

No, ale jakieś kombinacje chyba Pan od czasu do czasu rozwiązuje?

W ogóle! I może dlatego od czasu do czasu podstawiam figury. Powiem tylko, że mam dobrą pamięć i jak raz widzę jakąś ciekawą pozycję, to ją zapamiętuję na zawsze. Jeśli chodzi natomiast o partie, to w całości pamiętam tylko te kluczowe, bo po co zaśmiecać sobie umysł tymi mniej ważnymi?
W ogóle nie pracuję też nad końcówkami. Poświęcić tydzień na studiowanie końcówki „W – G+p”, która w partii praktycznej może się zdarzyć raz na 10 lat? To mało praktyczne. Lepiej poświęcić ten czas na analizę debiutów, co może mieć istotny wpływ na poprawienie rezultatów w najbliższych zawodach. Takie podejście do treningu stosuje wielu zawodników najwyższego poziomu i może dlatego w wielu granych przez nich jakichś nietypowych końcówkach zdarzają się „komedie omyłek”. Nie oznacza to, że elita nie ma w ogóle wiedzy o końcówkach. Pożytek ze znajomości jakichś wyjątkowych ma jednak minimalny wpływ na wyniki, a jeśli nawet raz nie uda się wygrać jakiejś wygranej, albo zremisować remisowej, to jeszcze nic strasznego się nie dzieje, bo one w karierze zawodników zdarzają się incydentalnie.
Podsumowując, jeśli szachowy profesjonalista chce progresować, musi skupić się w pracy nad 3 rzeczami: nieustannym dopracowywaniu swojego repertuaru debiutowego czarnymi i poszerzaniu swoich horyzontów debiutowych przy grze białymi, śledzeniu za nowymi ideami w bieżących partiach elity, no i na samej grze, bo bez tego progresowanie nie jest możliwe!

A warto grać w szachy szybkie bądź błyskawiczne?

Tylko w szybkie, bo pozwalają wyrobić umiejętność szybszego podejmowania decyzji. No i pomagają promować szachy, bo mało który kibic jest w stanie wytrzymać 6-godzinne rundy. A na blitze szkoda po prostu czasu.

Co Pana najbardziej pociąga w szachach?

Sama gra, którą kocham nade wszystko! W dalekiej przyszłości nie wykluczam zajęcia się trenerką (także przez Internet), ale o pisaniu książek czy artykułów o szachach nawet nie myślę, bo nakład sił nie przekłada się na profity, a ja jestem z natury bardzo praktyczny. Co innego starty w zawodach. Uwielbiam mieć inicjatywę i tego typu pozycje rozgrywam bardzo silnie, z kolei dużo słabiej gram wtedy, gdy to przeciwnik ma inicjatywę w złożonej pozycji albo uzyskał atak na mojego króla. Żadnych problemów nie mam natomiast w końcówkach, ale to, jak mówiłem wcześniej, kwestia intuicji.

Jaki, Pana zdaniem, ranking gwarantuje szachiście „ustawienie się” w życiu?


Dopiero powyżej 2700. Przed przechodzeniem na zawodowstwo szczególnie przestrzegłbym młodych szachistów z rankingiem 2550-2600, bo dla nich wykonywanie tego zawodu będzie związane z określonymi problemami. Po pierwsze dlatego, że szachy to nie tak bogaty sport, jak np. piłka nożna, a po drugie, że na tym poziomie jest ogromna konkurencja. Dla tej grupy zawodników odpowiedź na pytanie, czy szachom należy nadal poświęcać wszystkie swoje siły i czas, powinna brzmieć „nie”. Jeśli jest szansa odnieść sukces w innych sferach życia, bezwzględnie należy z niej skorzystać. I o tym nawet wunderkindy nie powinny zapominać.

Ostatnio ciągle Pan progresuje. Czy ma Pan ambicje trafić do pierwszej dziesiątki szachistów świata?

Musiałbym lepiej znać się na debiutach, ale nad tym trzeba długo pracować, szczególnie, jeśli pracuje się w pojedynkę. A ja o pracy w zespole nie marzę, bo wyżej cenię sobie życie rodzinne. Stworzenie teamu, który by na mnie pracował zmusiłoby mnie do kardynalnej zmiany stylu życia i nie jestem pewien, czy byłbym wtedy bardziej szczęśliwy.

Żona pracuje?

Obecnie nie, bo wychowuje dzieci, ale z wykształcenia jest nauczycielką angielskiego. Jak mamy trochę czasu, uwielbiamy kontakt z przyrodą, co akurat w Dubnej jest możliwe już po wyjściu z podwórka na ulicę. Lubimy też oglądać telewizję, a szczególnie programy sportowe (ja – hokej, piłkę nożną, koszykówkę i snooker, a żona – jazdę figurową na łyżwach, gimnastykę i biathlon). A jak jestem zmęczony, to relaksuję się czytając książki o fizyce, bo powieści – głównie kryminały Agathy Christie – czytam tylko w podróży.

I ostatnie pytanie. Jak się ma Rosyjska Federacja Szachowa po burzliwym posiedzeniu Zarządu w maju 2010 r.?

Teraz jest już wszystko w porządku. W lutym odbyły się wybory do Zarządu Rosyjskiej Federacji Szachowej. W. Dworkowicz został Prezesem Zarządu, a Bach – Dyrektorem Generalnym. Zgoda była do czasu rozpoczęcia się kampanii przed zbliżającymi się wyborami do władz FIDE. Dworkowicz w pisemnej formie poparł K. Iljumżinowa, a Bach – A. Karpowa. Bomba wybuchła 14 maja, kiedy to 17 z 32 członków zdecydowało się w ostatniej chwili zmienić miejsce posiedzenia Zarządu, ale ponieważ nie wziął w nim udziału Dworkowicz, obrady były nieważne – w szczególności dotyczyło to wsparcia A.Karpowa przed Federację. Od tego momentu zaczęła się wojna, o czym ze szczegółami można przeczytać w internecie. Ostatecznie obie strony, tzn. Bach i Dworkowicz, dogadały się, w wyniku czego Bach na własne życzenie zrezygnował 10 lipca 2010 r. z pełnienia funkcji Dyrektora Generalnego. Trzeba jednak w tym miejscu powiedzieć, że zgodnie ze statutem Rosyjskiej Federacji Szachowej, Prezes Zarządu nie może odwołać Dyrektora Generalnego, bo można to zrobić jedynie w trakcie nowych wyborów do Zarządu albo na własne życzenie Dyrektora. Dlatego aż 2 miesiące zajęło rozwiązanie tego problemu. Obecnie nowym Dyrektorem Generalnym jest Lewitow, przyjaciel Dworkowicza, a Federacja wspiera kandydaturę Iljumżinowa na Prezydenta FIDE. I o żadnych sporach wewnątrz Federacji już się nie słyszy.


 
Aktualnie online 28 gości